Wiadomości

„I apeluję, żebyś zauważył, kiedy jesteś szczęśliwy i wykrzykiwał, mruczał, albo pomyślał w pewnym momencie: jeśli to nie jest piękne, to co jest?” Kurt Vonnegut
...przeczytałam kiedyś pod zdjęciem Wodospadu Bogów - Goðafoss. 

Leciałam na mój "koniec świata" ze sporym bagażem oczekiwań... Byłam "głodna" NOWEGO :)... nowych wrażeń, doświadczeń, ludzi, nowej rzeczywistości. Chciałam tym wyjazdem zamknąć kilka rozdziałów i dać sobie szansę na otwarcie innych. Koniec świata to chyba najlepsze miejsce, by to zrobić (???).

Plan był bardzo ambitny, a może nieco szalony (?) … – w ciągu 69 godzin objechać wyspę dookoła. Pomysłodawcą projektu był Tomek, mój serdeczny kolega. W ekipie znaleźli się jeszcze Marcin i Wojtek. Ja dołączyłam jako ostatnia.

Islandia powitała nas bezchmurnym niebem i ciepłymi promieniami słońca. W mgnieniu oka, zostawiliśmy Reykjavik za plecami. Z każdym kolejnym kilometrem oddalaliśmy się od cywilizacji. Coraz rzadziej mijaliśmy auta, domy… Wkraczaliśmy do magicznej przestrzeni krajobrazów wywołujących nieustanny zachwyt. Otwierał się przed nami obszar dający poczucie błogiego spokoju i wolności. Soczyście zielone łąki, na nich pasące się owce i konie. W oddali przemiennie - linia brzegowa i góry, na zboczach których tańcowały cienie zachodzącego słońca.


Nasz cel – półwysep Latrabjarg. Dotarliśmy tam już po zmroku. Do ekipy, dotychczas niezwykle optymistycznie nastawionej, zakradło się zwątpienie „czy na pewno zdążymy zrealizować plan?”. Po krótkiej naradzie, w uroczo położonym małym hoteliku, postanowiliśmy trzymać się harmonogramu. Poranna przejażdżka szutrowymi drogami (bardzo popularnymi na Islandii) wzdłuż Fiordów Zachodnich, często tuż przy krawędzi stromego klifu, zapewniła sporą dawkę adrenaliny i entuzjazmu. Wreszcie dotarliśmy. Urwisko ciągnące się przez 14 kilometrów i osiągające 440 m.n.p.m. Najdalej wysunięty na zachód punkt Europy – koniec świata. Przygotowując się do tej wyprawy, natrafiłam na kilka opisów tego miejsca. Większość można zawrzeć w krótkim określeniu – obłędnie piękny klif. Potwierdzam.


Klif pogrążony był niemalże w kompletnej ciszy. Panowało bezwietrze. Przed oczami - bezkres Atlantyku i skalne urwisko. Piękno w najczystszej postaci. Dla mnie, przygoda z Islandią rozpoczęła się właśnie TAM. Oaza dla skołatanych myśli.
By dotrzeć do kolejnego punku wycieczki, potrzebowaliśmy kilkunastu godzin. W szeregach nie wyczuwało się już zaniepokojenia, czy obaw – przeciwnie, wstąpiło w nas poczucie radosnego błogostanu. Czerpaliśmy z tego co „tu” i „teraz”. Krajobrazy zmieniały się wraz z ilością pokonanych kilometrów. Mijaliśmy plaże wciśnięte w klifowe skalne urwiska - malowane żółtymi, zielonymi, brunatnymi i szarymi barwami. Zatrzymywaliśmy się, by próbować objąć wzrokiem „dzieło” rzek, żłobiących swe nurty wśród skał. Patrzyliśmy ze zdumieniem na ogrom kanionów. Łagodna dotychczas aura przeistoczyła się w wietrzny oraz deszczowy spektakl.


Po śniadaniowej uczcie, gdzie królowały śledzie i dżem jagodowy (najlepsze, jakich próbowałam), ruszyliśmy na spotkanie z Goðafoss – Wodospadem Bogów, nazywanym najpiękniejszym spośród wielu wodospadów na rzece Skjálfandafljót, czyli „drżącej rzece”. Wodospad liczy 12 metrów wysokości i 30 szerokości. Właśnie tu, w 1000 roku islandzki parlament, zdecydował o przyjęciu chrześcijaństwa przez Islandczyków.
Widok rzeki wijącej się wzdłuż drogi zapowiadał kolejną ucztę dla zmysłów. Nie przypuszczałam, że po wrażeniach dnia poprzedniego, będę w stanie zachwycić się czymś równie mocno… A jednak. Przez długi czas nie mogłam oderwać wzroku od spadających kaskad wody. I ten hipnotyzujący szum wodospadu… Magiczne miejsce.


Przyznam, że z wielkim żalem opuszczałam ten rejon Islandii... Ale - życie nie lubi próżni…


Otaczający nas krajobraz diametralnie się zmieniał. Naszym oczom ukazały się fantazyjne czarne formacje skalne. Miałam wrażenie, że jesteśmy w całkowicie innym miejscu. Krajobraz niemal księżycowy. Zbliżaliśmy się do wygasłego wulkanu – Hverfjall, jednego z najsławniejszych na świecie kolistych kraterów. Po kilkunastominutowym spacerze dotarliśmy na jego szczyt. Widok – nieziemski. Takie miejsca skłaniają do refleksji nad ulotnością, nad tym, co ważne…
Szczyt wulkanu zapewnił nam też możliwość ujrzenia pięknej i jednocześnie różnorodnej panoramy okolicy. Czarne i czerwone pola lawy, gotujące się kałuże błota, kratery wulkanów, obszary popiołu wulkanicznego oraz delikatnie unosząca się termalna para. Wszystko to jest charakterystyczne dla obszaru Krafla – aktywnego wulkanicznie terenu na styku dwóch płyt tektonicznych: amerykańskiej i europejskiej.
Nieco surowy i rozległy wulkaniczno-marsjański krajobraz (na tym obszarze ma powstać stacja badawcza służąca obserwacji możliwości życia ludzi w warunkach marsjańskich ) „ocieplają” gorące źródła. Z dużym utęsknieniem czekałam na ten punkt wycieczki!


Lazur wody i wybuchy termalnych źródeł, z nadmiarem rekompensowały niedogodności iście islandzkiej pogody i… specyficzny zapach siarkowych źródeł. Wokół nich zlokalizowana jest jedna z największych elektrowni geotermalnych na Islandii, dzięki której zrozumieliśmy, dlaczego, w goszczących nas hotelikach, proszono nas o ściąganie butów .
Spacer po kosmicznych polach lawy zakończyliśmy przy kraterze wulkanu Viti Maar, którego nazwa oznacza „Krater do piekieł”. Przyznam, że jeśli tak ma wyglądać droga do piekieł, to jest to niezwykle kuszące zaproszenie.
Mając w pamięci piękne wspomnienia z Wodospadu Bogów, ruszyliśmy na spotkanie z kolejnym wodospadem, tym razem potężniejszym – Dettifoss. Zaopatrzeni we wszystko, co nieprzemakalne (tak nam się przynajmniej zdawało), klucząc między kamiennymi krętymi ścieżkami, wszyscy mieliśmy poczucie, że zbliżamy się do następnego niezwykłego miejsca. Huk rozbijającej się o skały wody, słyszalny był już z daleka. Wodospad nie należy do największych – ma 45 metrów wysokości i ok. 100 metrów rozpiętości. Nie to jednak stanowi o jego sile - przez jego próg przepływa średnio ok. 200 m³ wody na sekundę. Gdy zbliżyliśmy się na tyle blisko, by obserwować wodę rozpryskującą się o skalne ściany kanionu, ta - kłębiąca się w powietrzu, niemal natychmiast przemoczyła nas do suchej nitki. Moc, z jaką woda przepływa przez próg wodospadu, wprawia w wibracje otaczające skały. Dotykając skał można poczuć potęgę natury. Niezwykłe doświadczenie.
Przemoczeni i przemarznięci zmierzaliśmy ku końcowi naszej wyprawy. Liczyliśmy, że zanim zapadnie zmrok, uda nam się dotrzeć do największego w Europie lodowca – Vatnajökull, by chociaż na chwilę nacieszyć oczy bezkresną bielą. Podczas tego wyjazdu, niestety nie było nam to dane. Ale, jak się wkrótce okazało, Islandia jest bardzo łaskawa. Tego dnia mieliśmy jeszcze okazję, by rozkoszować się widokami bajecznego kanionu, wzdłuż którego jechaliśmy, i poczuć na własnej skórze przestrogę sympatycznego Polaka z wypożyczalni aut - by wysiadając z samochodu mocno trzymać drzwi. Przyznam szczerze – nigdy dotąd nie poczułam na sobie takiej siły wiatru.
Ostatnią niespodziankę, jaką zafundowała nam tego wieczoru Islandia, ujrzeliśmy po zmroku. Na niebie pojawił się świetlny spektakl – zorza polarna. Moja pierwsza w życiu! Piękne, choć niezwykle krótkotrwałe zjawisko! Tym cenniejszy prezent .


Po trzech godzinach snu, tuż przed świtem ruszyliśmy na kolejne spotkanie z islandzką naturą. Przez chwilę zastanawiałam się, czy może mnie jeszcze czymś zaskoczyć. Nie zdążyłam sobie odpowiedzieć… Wodospad Gullfoss, zwany Złotym Wodospadem, składa się z dwóch kaskad - pierwszej o wysokości 11 metrów i drugiej, 20 metrowej. Woda z lodowca spływa tutaj do wąwozu o długości 2,5 kilometra i głębokości 70 metrów. Jest w tym majestatycznym wodospadzie jakaś tajemnica, rodzaj piękna, który przykuwa i nie pozwala obojętnie odejść…
Finał naszej wyprawy to pole geotermalne – Geysir. Poza gejzerami, z których jeden zwraca szczególną uwagę – wyrzucając co kilka minut parę na wysokość 30 metrów, są tam jeszcze niewielkie jeziorka, które nieustannie wrą i bulgocą. Znajome poczucie magii chwil znowu dało o sobie znać. Turkusowa toń bajorek była idealnym tłem dla wschodzącego słońca. Termalna para wydobywająca się ze skalnych szczelin, dodawała miejscu nieco tajemniczości, a delikatny szum, smaganych przez wiatr traw, dopełniał całości.

I tak po przejechaniu 2 296 km, nasza wrześniowa wyprawa na koniec świata dobiegła końca. Po raz pierwszy, wracając, nie czułam żalu z powodu kończącej się wycieczki. Być może dlatego, że to dopiero początek islandzkiej przygody (???).
Islandia - dla mnie to miejsce pełne magii (nie tylko dlatego, że kraj ten upodobały sobie elfy ), malowniczych krajobrazów ukazujących potęgę naturalnego piękna, przestrzeni, która pozwala dostrzec otaczające nas szczęście. MÓJ koniec świata ofiarował mi znacznie więcej, niż oczekiwałam.

Wiola

Zdjęcia:
Tomasz Szanel
Wojciech Szymański
wiolinia

ZAPRASZAMY DO GALERII

Zaprzyjaźnione serwisy

imaf poland


 

ekono


 

tlok


 

aktywna wies


 

nida

Jestes tutaj :

Gorące tematy :

bottom 1

Chrząszczu w Nepalu
Relacja wkrótce
 

bottom 1

Muzyka Kościołów
Letnie Spotkania Muzyczne – sezon 2013
 

bottom 1

Zajęcia karate
Rusza sezon 2013-2014 zajęć sekcji karate Shotokan
 

O Aktywnych:

Grupa za cel działanie postawiła sobie realizacje zainteresowań: sportowo-rekreacyjnych w sekcjach KARATE, PIŁKI SIATKOWEJ i PARALOTNIOWEJ. A także inspirowanie działań związanych z promocją regionu (Dolina Dolnej Wisły), kultywowaniem lokalnych tradycji.

Śledź Nas

 social icon  social icon  social icon  social icon

 

S5 Box

Zaloguj się

Zarejestruj się