Wiadomości

Zawsze gdzieś w głowie siedzi mi kawałek Marka Bilińskiego pod takowym tytułem, kiedy wytaczając się z samolotu rejsowego na lotnisku Al Massira w Agadirze w nozdrza pcha się suchy zapach pustyni. Tak było i tym razem. Co prawda naszą pięcioosobową ekipę nie powitał skwar saharyjskiego powietrza, jednak coś w powietrzu wisiało.

O tanich liniach i testowaniu procedur bezpieczeństwa

Utarło się , że tania linia lotnicza jest dobra  bo jest tania. Poniekąd to prawda, jednak ponad europejskie dystanse  okrutnie weryfikują ten hura optymistyczny pogląd. Przeszło cztero godzinny lot ze zgniecionymi nogami pomiędzy ciasno upchanymi siedzeniami nie osłodzą nawet ponętne stewardessy… Negatywnie zaskoczyły też służby lotniskowe. Po wyjściu z samolotu wątła obsługa niemrawo odprawia niekończący się poskręcany różnokolorowo zapachowy wąż sfrustrowanych pasażerów. po czterogodzinnym horrorze w economy klass , kolejne dwie godziny w kolejce. Niestety okazało się, że trudniej jest wyjechać z Maroka. Blisko trzysta osób i….jeden punkt odprawy bagażu podręcznego, następnie kolejne 6 innych punktów kontroli. W efekcie samolot do Wrocławia opóźniony o półtorej godziny, nasz do Katowic o godzinę i cholera wie ile lot do Londynu. Jak miło poinformował nas już na pokładzie kapitan „władze lotniska właśnie testują nowe procedury bezpieczeństwa”

O hotelu z duszą

Podczas mojej poprzedniej eskapady do Sidi Ifni wspominam czysty hotel zionący absolutnym brakiem jakiejkolwiek aktywności, nie licząc naszej ekipy oraz kolegi Dominika. Tym razem niejako z przypadku padło na pięknie usytuowany hotel o czarującej nazwie Suerte Loca, działający nie przerwanie od 1937 roku, tak przynajmniej twierdzą jego właściciele. Niewielki hotelik , kilka pokoi w miejscowym „europejskim” standardzie, w których o tej porze po zmroku króluje krioterapia- częściowo rekompensowana słusznej wielkości kocami z wielbłądziej wełny. Hotelik posiada dach użytkowy , gdzie w ciagu dnia słońce może zamienić twoje ciało we frytkę. Część dachu stanowi namiot dla niskobudżetowych wędrowców oraz kibel bez wygód. Kulturalnym centrum jest Restaurant. Miejsce klimatyczne , szczególnie wieczorem kiedy do kolacyjki zakrapianej przez nas wzmocnioną coca colą z zapałem przygrywa miejscowa kapela o elastycznym składzie. Całość dopełnia miękkie światło z przytłumionych kinkietów oraz migotliwych świec porozstawianych po stołach w starych kandelabrach. W pomieszczeniach przylegających do „restaurants” właściciele zlokalizowali jeszcze centrum surfingu oraz sklep z pracownią artystyczną zorientowaną na wyrób lokalnych ozdób.

O braku waruna

Zaczynam nabierać pewności , że jestem opętany przez dybuka  albo innego farmazona , jak to się zwykło w okolicach Nowego mówić na kuszących zło. W tym przypadku złem jest brak waruna bez którego normalny paralotniarz żyć nie może. Najpierw Ukraina, Słowenia, a teraz Maroko. No latania po prostu nie było, nie licząc  może małej godzinki termicznego zwisu nad Legzirą oraz heroicznych prób utrzymania się na Nigel’owym klifie. Mając podejrzenie wspomnianej przypadłości z lękiem przyglądałem się Niemcom, Czechom, Francuzom i Bóg wie jeszcze jakiej nacji glajciarzom na wszystkie sposoby zaklinającym warun. A nuż  się wyda, że to moja wina….

O wizycie w miejscowym hammanie

Skoro nie było waruna, a noce ciemne i zimne postanowiliśmy zbadać praktyki miejscowej łaźni. Mając wyłącznie mętne pojęcie o zwyczajach i praktykach w takim przybytku postanowiliśmy temat zgłębić, szczególnie dlatego, że ów nie jest raczej odwiedzany przez Europejczyków. Jest tak: hammam w Ifni zlokalizowany jest w „lepszej” dzielnicy. Kupujesz bilecik za 13 MAD (ichnie wary jaty, czyli w tłumaczeniu z Tomka Pileckiego na polski- waluta. Niecałe 4 zł) dodatkowo za 1 MAD pastę z oliwek. Dalej przejęty koleżka z torebką a’la konduktor z lat 60-tych żąda okazania biletu, który w odległości do owego wręcza nam sprzedawca. I tyle, panie na prawo, panowie na lewo. W „szatni” trochę wali potem i wilgocią wymieszanej w trudnej do określenia proporcji. Mile nas jednak przyjęto i jeden miły pan za opłatą 50 MAD zaproponował instruktarz , opiekę oraz masaż. Wszyscy w gaciach, jaj publicznie pokazywać nie wypada. Otrzymujemy po dwa wiaderka budowlane i dalej w głąb. Hammam składa się z trzech pomieszczeń konsekwentnie wyłożonych terakotą po żyrandol. Dwa krany z gorącą i zimną wodą. Ciepło. Wszędzie leżą lub siedzą lokalersi. Sami lub parami dokonują oblucji. Nasz przewodnik od razu przechodzi do sprawy. Bezceremonialnie kładzie mnie na wznak na ciepłej podłodze, smaruje smarem z oliwek i dramatycznie ostrą myjką zdziera mi naskórek. Po chwili czuję jak płonę. Przewraca i szoruje dalej nie oszczędzając twarzy i jaj. Co jakiś czas polewa mnie gorącą wodą. Rytuał trwa może z dwadzieścia minut. Wydaje się, że to już koniec, nic jednak bardziej mylnego, czas na masaż. Czuję się osobnikiem dość wysportowanym, ale „zaproponowane figury” wprawiają w niepokój. Szczególnie moich towarzyszy, którzy od razu zastrzegają, że mycie owszem , ale za „masaż” dziękują. Generalnie masaż to bardziej praktyką rodem z ludowego kręgarstwa. Techniki naciągania i uciskania właściwych części ciała. Przetrwałem, ba pozostali ostatecznie też się zreflektowali. Tymczasem w część dla pań, nasze dziewczyny nieco zakłopotane półnagością Marokanek także oddały się niewątpliwie głębokiemu relaksowi tego miejsca.

O samochodach terenowych i ograniczonym zaufaniu do GPS

W tym roku na bogato. Inwestujemy i bierzemy Dacię Duster, taką samą jaką rozbija się nasza miejscowa Policja. Samochodzik dzielnie pochłonął nasz bagaż i poza faktem , ze „kontrolki świeciły na pomarańczowo, to przecież nie na czerwono” co na nasze spostrzeżenie rozbrajająco odpowiedział pan z „Rent Cara”. Więc mamy terenówkę i żadnej pustyni się już nie boimy. Skoro więc mamy poważny wóz , to pomyślałem  że zróbmy sobie przyjemną wycieczkę do zagubionego w pustyni dawnego fortu Legii Cudzoziemskiej zwanego Bou Jeriff, który Francuzi opuścili w latach 30- tych ubiegłego wieku. Off road dość przyjemny, tu i ówdzie  kamienisto-piaszczysty trakt przecinają nam gryzonie przypominające skrzyżowanie szczura z wiewiórką. Wyraźnie się z nas „napierdalają” wesoło zadzierając kity. Zauważamy jeszcze ciekawą sowę oraz sporych rozmiarów jaszczura. Tyle z fauny. Docieramy. Fort przez cztery lata mojej nieobecności znacząco się posunął, co zaskakuje, bo stoi tam przeszło sto lat. Moi kompani rozpierzchli się w ruinach, zajrzeli tu i tam. Zrobiliśmy kilka obowiązkowych fotek i w drogę powrotną. Piotrek nieśmiało zaproponował inną drogę rekomendowaną przez dostępny GPS, a ja zachęcony widokiem sprzętu budowlanego budującego prawdziwą szutrową autostradę sugestii uległem. Już po kilkunastu kilometrach nabrałem jednak wątpliwości. Saharyjska autostrada niewiadomo kiedy się skończyła , a zaczęły się miejscami nie przysłowiowe  tylko faktyczne schody. Stromo, ciasno, ba nawet trafiła się spora kałuża, którą ostatkiem sił pokonała nasza Dacia. Najgorsze jednak, jak w złym filmie, okazało się dopiero przed nami. Jak już w dali zamajaczył znany mi brzeg Atlantyku i nitka krętej asfaltowej drogi okazało się , że przed nami blisko osiemdziesiącio- metrowa deniwelacja i prostujący włosy na plecach zjazd skalnym bezdrożem. Perspektywa powrotu nie wchodziła w grę z powodu wspomnianej kałuży oraz późnej pory. Pozostał nocleg albo próba zjazdu……ostatecznie udało nam się bezpiecznie zjechać i zaliczyć nie do końca zaplanowany offroad.

O dużych falach, desce i amatorach serfu.

Nie ma waruna , ale są fale. Tak pomyślała Zosia, a tym bardziej myśli te podzielił Piotrek. A w tej części świata faktycznie falowanie pływowe, czyli spowodowane przyciąganiem Księżyca i Słońca są szczególnie przyjemne dla surferów. Średnio fale tłukące w marokańskie plaże osiągają wysokość do 3 m. Szkolenie dwu godzinne po 150 MAD. Uczynny i bardzo przyjemny instruktor gładko wyłożył adeptom teorię, no i do wody! Najpierw bardzo niezdarnie, pierwsze próby utrzymania się na desce, z czasem i przy zachęcającym aplauzie naszego instruktora wychodziło coraz lepiej. Przyglądając się z plaży na zmagania polskich surferów pomyślałem, że wytrzymać dwie godziny na walce z kolejno nadchodzącycmi  bielejącymi grzywami falami jest przede wszystkim fizycznie wyczerpujące. Potwierdził to Piotr, który pierwszy odpuścił sobie zabawę. Tak czy inaczej , jak na deskę to tylko do Sidi Ifni!

O alkoholizowaniu w Maroko.

Alkoholu w Maroku nie ma! Przynajmniej oficjalnie. Dziwne to bo chętnie doń ciągną turyści z Polski i Rosji zamiłowani w spożyciu. W naszym przypadku oczywiście, że nasz bagaż zawierał konieczne „medyczne” ilości wysokoprocentowych trunków. Co warto dodać, alkohol pozwala na lepsze trawienie marokańskiej kuchni, przyśpieszone zapoznawania innych saharyjskich wędrowców ale przede wszystkim znacznie uławia władania językami obcymi, szczególnie tymi których w zasadzie nie znamy. Stąd też bardzo dobrze mówiło się nam po francusku czy berberyjsku, że oczywiście o angielskim już nie wspomnę. Dobra rada dla potomnych, którzy planują eskapadę na piachy Sahary- alkohol przywieźcie ze sobą. W Maroko można go kupić, w całym Sidi Ifni są dwa „ukryte” przed okiem Allacha bary, gdzie ceny alkoholi sięgają najwyższym zaśnieżonym szczytom Atlasa. Rada druga, publicznie- czyli również w hotelowej restauracji spożywaj alkohol jako: Coca Colę, Orange Nectar, czy inny płyn w pojemniku nie oznaczonym etykietą wskazującą na  faktyczną zawartość. Należy też panować nad staropolską gościnnością i dwa razy przemyśleć któremu tubylcowi polać. Jak wyznał mi jeden- niektórzy od procentów tracą rozum…….zasadniczo zupełnie jak w Polsce….

tyle, bo jak na internetowe zapiski, to i tak już gruba przegina….

Marcin Tylman

Zapraszamy do GALERII

Zaprzyjaźnione serwisy

imaf poland


 

ekono


 

tlok


 

aktywna wies


 

nida

Jestes tutaj :

Gorące tematy :

bottom 1

Chrząszczu w Nepalu
Relacja wkrótce
 

bottom 1

Muzyka Kościołów
Letnie Spotkania Muzyczne – sezon 2013
 

bottom 1

Zajęcia karate
Rusza sezon 2013-2014 zajęć sekcji karate Shotokan
 

O Aktywnych:

Grupa za cel działanie postawiła sobie realizacje zainteresowań: sportowo-rekreacyjnych w sekcjach KARATE, PIŁKI SIATKOWEJ i PARALOTNIOWEJ. A także inspirowanie działań związanych z promocją regionu (Dolina Dolnej Wisły), kultywowaniem lokalnych tradycji.

Śledź Nas

 social icon  social icon  social icon  social icon

 

S5 Box

Zaloguj się

Zarejestruj się