Wiadomości

„I apeluję, żebyś zauważył, kiedy jesteś szczęśliwy i wykrzykiwał, mruczał, albo pomyślał w pewnym momencie: jeśli to nie jest piękne, to co jest?” Kurt Vonnegut
...przeczytałam kiedyś pod zdjęciem Wodospadu Bogów - Goðafoss. 

Leciałam na mój "koniec świata" ze sporym bagażem oczekiwań... Byłam "głodna" NOWEGO :)... nowych wrażeń, doświadczeń, ludzi, nowej rzeczywistości. Chciałam tym wyjazdem zamknąć kilka rozdziałów i dać sobie szansę na otwarcie innych. Koniec świata to chyba najlepsze miejsce, by to zrobić (???).

Plan był bardzo ambitny, a może nieco szalony (?) … – w ciągu 69 godzin objechać wyspę dookoła. Pomysłodawcą projektu był Tomek, mój serdeczny kolega. W ekipie znaleźli się jeszcze Marcin i Wojtek. Ja dołączyłam jako ostatnia.

Islandia powitała nas bezchmurnym niebem i ciepłymi promieniami słońca. W mgnieniu oka, zostawiliśmy Reykjavik za plecami. Z każdym kolejnym kilometrem oddalaliśmy się od cywilizacji. Coraz rzadziej mijaliśmy auta, domy… Wkraczaliśmy do magicznej przestrzeni krajobrazów wywołujących nieustanny zachwyt. Otwierał się przed nami obszar dający poczucie błogiego spokoju i wolności. Soczyście zielone łąki, na nich pasące się owce i konie. W oddali przemiennie - linia brzegowa i góry, na zboczach których tańcowały cienie zachodzącego słońca.


Nasz cel – półwysep Latrabjarg. Dotarliśmy tam już po zmroku. Do ekipy, dotychczas niezwykle optymistycznie nastawionej, zakradło się zwątpienie „czy na pewno zdążymy zrealizować plan?”. Po krótkiej naradzie, w uroczo położonym małym hoteliku, postanowiliśmy trzymać się harmonogramu. Poranna przejażdżka szutrowymi drogami (bardzo popularnymi na Islandii) wzdłuż Fiordów Zachodnich, często tuż przy krawędzi stromego klifu, zapewniła sporą dawkę adrenaliny i entuzjazmu. Wreszcie dotarliśmy. Urwisko ciągnące się przez 14 kilometrów i osiągające 440 m.n.p.m. Najdalej wysunięty na zachód punkt Europy – koniec świata. Przygotowując się do tej wyprawy, natrafiłam na kilka opisów tego miejsca. Większość można zawrzeć w krótkim określeniu – obłędnie piękny klif. Potwierdzam.


Klif pogrążony był niemalże w kompletnej ciszy. Panowało bezwietrze. Przed oczami - bezkres Atlantyku i skalne urwisko. Piękno w najczystszej postaci. Dla mnie, przygoda z Islandią rozpoczęła się właśnie TAM. Oaza dla skołatanych myśli.
By dotrzeć do kolejnego punku wycieczki, potrzebowaliśmy kilkunastu godzin. W szeregach nie wyczuwało się już zaniepokojenia, czy obaw – przeciwnie, wstąpiło w nas poczucie radosnego błogostanu. Czerpaliśmy z tego co „tu” i „teraz”. Krajobrazy zmieniały się wraz z ilością pokonanych kilometrów. Mijaliśmy plaże wciśnięte w klifowe skalne urwiska - malowane żółtymi, zielonymi, brunatnymi i szarymi barwami. Zatrzymywaliśmy się, by próbować objąć wzrokiem „dzieło” rzek, żłobiących swe nurty wśród skał. Patrzyliśmy ze zdumieniem na ogrom kanionów. Łagodna dotychczas aura przeistoczyła się w wietrzny oraz deszczowy spektakl.


Po śniadaniowej uczcie, gdzie królowały śledzie i dżem jagodowy (najlepsze, jakich próbowałam), ruszyliśmy na spotkanie z Goðafoss – Wodospadem Bogów, nazywanym najpiękniejszym spośród wielu wodospadów na rzece Skjálfandafljót, czyli „drżącej rzece”. Wodospad liczy 12 metrów wysokości i 30 szerokości. Właśnie tu, w 1000 roku islandzki parlament, zdecydował o przyjęciu chrześcijaństwa przez Islandczyków.
Widok rzeki wijącej się wzdłuż drogi zapowiadał kolejną ucztę dla zmysłów. Nie przypuszczałam, że po wrażeniach dnia poprzedniego, będę w stanie zachwycić się czymś równie mocno… A jednak. Przez długi czas nie mogłam oderwać wzroku od spadających kaskad wody. I ten hipnotyzujący szum wodospadu… Magiczne miejsce.


Przyznam, że z wielkim żalem opuszczałam ten rejon Islandii... Ale - życie nie lubi próżni…


Otaczający nas krajobraz diametralnie się zmieniał. Naszym oczom ukazały się fantazyjne czarne formacje skalne. Miałam wrażenie, że jesteśmy w całkowicie innym miejscu. Krajobraz niemal księżycowy. Zbliżaliśmy się do wygasłego wulkanu – Hverfjall, jednego z najsławniejszych na świecie kolistych kraterów. Po kilkunastominutowym spacerze dotarliśmy na jego szczyt. Widok – nieziemski. Takie miejsca skłaniają do refleksji nad ulotnością, nad tym, co ważne…
Szczyt wulkanu zapewnił nam też możliwość ujrzenia pięknej i jednocześnie różnorodnej panoramy okolicy. Czarne i czerwone pola lawy, gotujące się kałuże błota, kratery wulkanów, obszary popiołu wulkanicznego oraz delikatnie unosząca się termalna para. Wszystko to jest charakterystyczne dla obszaru Krafla – aktywnego wulkanicznie terenu na styku dwóch płyt tektonicznych: amerykańskiej i europejskiej.
Nieco surowy i rozległy wulkaniczno-marsjański krajobraz (na tym obszarze ma powstać stacja badawcza służąca obserwacji możliwości życia ludzi w warunkach marsjańskich ) „ocieplają” gorące źródła. Z dużym utęsknieniem czekałam na ten punkt wycieczki!


Lazur wody i wybuchy termalnych źródeł, z nadmiarem rekompensowały niedogodności iście islandzkiej pogody i… specyficzny zapach siarkowych źródeł. Wokół nich zlokalizowana jest jedna z największych elektrowni geotermalnych na Islandii, dzięki której zrozumieliśmy, dlaczego, w goszczących nas hotelikach, proszono nas o ściąganie butów .
Spacer po kosmicznych polach lawy zakończyliśmy przy kraterze wulkanu Viti Maar, którego nazwa oznacza „Krater do piekieł”. Przyznam, że jeśli tak ma wyglądać droga do piekieł, to jest to niezwykle kuszące zaproszenie.
Mając w pamięci piękne wspomnienia z Wodospadu Bogów, ruszyliśmy na spotkanie z kolejnym wodospadem, tym razem potężniejszym – Dettifoss. Zaopatrzeni we wszystko, co nieprzemakalne (tak nam się przynajmniej zdawało), klucząc między kamiennymi krętymi ścieżkami, wszyscy mieliśmy poczucie, że zbliżamy się do następnego niezwykłego miejsca. Huk rozbijającej się o skały wody, słyszalny był już z daleka. Wodospad nie należy do największych – ma 45 metrów wysokości i ok. 100 metrów rozpiętości. Nie to jednak stanowi o jego sile - przez jego próg przepływa średnio ok. 200 m³ wody na sekundę. Gdy zbliżyliśmy się na tyle blisko, by obserwować wodę rozpryskującą się o skalne ściany kanionu, ta - kłębiąca się w powietrzu, niemal natychmiast przemoczyła nas do suchej nitki. Moc, z jaką woda przepływa przez próg wodospadu, wprawia w wibracje otaczające skały. Dotykając skał można poczuć potęgę natury. Niezwykłe doświadczenie.
Przemoczeni i przemarznięci zmierzaliśmy ku końcowi naszej wyprawy. Liczyliśmy, że zanim zapadnie zmrok, uda nam się dotrzeć do największego w Europie lodowca – Vatnajökull, by chociaż na chwilę nacieszyć oczy bezkresną bielą. Podczas tego wyjazdu, niestety nie było nam to dane. Ale, jak się wkrótce okazało, Islandia jest bardzo łaskawa. Tego dnia mieliśmy jeszcze okazję, by rozkoszować się widokami bajecznego kanionu, wzdłuż którego jechaliśmy, i poczuć na własnej skórze przestrogę sympatycznego Polaka z wypożyczalni aut - by wysiadając z samochodu mocno trzymać drzwi. Przyznam szczerze – nigdy dotąd nie poczułam na sobie takiej siły wiatru.
Ostatnią niespodziankę, jaką zafundowała nam tego wieczoru Islandia, ujrzeliśmy po zmroku. Na niebie pojawił się świetlny spektakl – zorza polarna. Moja pierwsza w życiu! Piękne, choć niezwykle krótkotrwałe zjawisko! Tym cenniejszy prezent .


Po trzech godzinach snu, tuż przed świtem ruszyliśmy na kolejne spotkanie z islandzką naturą. Przez chwilę zastanawiałam się, czy może mnie jeszcze czymś zaskoczyć. Nie zdążyłam sobie odpowiedzieć… Wodospad Gullfoss, zwany Złotym Wodospadem, składa się z dwóch kaskad - pierwszej o wysokości 11 metrów i drugiej, 20 metrowej. Woda z lodowca spływa tutaj do wąwozu o długości 2,5 kilometra i głębokości 70 metrów. Jest w tym majestatycznym wodospadzie jakaś tajemnica, rodzaj piękna, który przykuwa i nie pozwala obojętnie odejść…
Finał naszej wyprawy to pole geotermalne – Geysir. Poza gejzerami, z których jeden zwraca szczególną uwagę – wyrzucając co kilka minut parę na wysokość 30 metrów, są tam jeszcze niewielkie jeziorka, które nieustannie wrą i bulgocą. Znajome poczucie magii chwil znowu dało o sobie znać. Turkusowa toń bajorek była idealnym tłem dla wschodzącego słońca. Termalna para wydobywająca się ze skalnych szczelin, dodawała miejscu nieco tajemniczości, a delikatny szum, smaganych przez wiatr traw, dopełniał całości.

I tak po przejechaniu 2 296 km, nasza wrześniowa wyprawa na koniec świata dobiegła końca. Po raz pierwszy, wracając, nie czułam żalu z powodu kończącej się wycieczki. Być może dlatego, że to dopiero początek islandzkiej przygody (???).
Islandia - dla mnie to miejsce pełne magii (nie tylko dlatego, że kraj ten upodobały sobie elfy ), malowniczych krajobrazów ukazujących potęgę naturalnego piękna, przestrzeni, która pozwala dostrzec otaczające nas szczęście. MÓJ koniec świata ofiarował mi znacznie więcej, niż oczekiwałam.

Wiola

Zdjęcia:
Tomasz Szanel
Wojciech Szymański
wiolinia

ZAPRASZAMY DO GALERII

Puchar Karpat z pogodą....ducha

Oczywistym faktem po zeszłorocznych paralotniowych doświadczeniach na Ukrainie był kolejny wyjazd do Borzawy. Świetna atmosfera, fajna paralotniowa miejscówka oraz niskie ceny zdeterminował mnie do powrotu na tamtejsze połoniny.

Na wyjazd dali się namówić Witek, Piotr, Viola oraz kolega z Kuj-Pom Team , Latawiec. Zatem jedziemy w piątkę ni szczególnie dużym samochodem marki Honda CRV rocznik 2000, a jakże! Ostatecznie w przeddzień odpadła zdrowotnie Viola i sceptycznie Latawiec. Ruszyliśmy z Nowego we trójkę. Po małych perturbacjach na pustym ( ! ) przejściu granicznym w Krościenku, rankiem 24 czerwca „posłusznie melduję , że znowu jestem” w naszym hoteliku u podnóża Gimby. Dzięki nieocenionej pomocy Bożenki- dobrego ducha ukraińskich paralotniarzy dostaliśmy zupełnie przyzwoity  pokoik w stylu SKY.

Po nieprzespanej nocy złapaliśmy klika chwil dziennej drzemki. Jak wypada , przywitałem się z wszystkimi znajomymi sprzed roku, oraz moimi nowymi przyjaciółmi Olegiem i Julią ze Lwowa, których pnałem podczas majowych konfrontacji sztuk walki i którzy dali się namówić na „wekendowy”  wypad w góry. Rozpoczął się nasz pobyt na Ukrainie....

 

Ekipa

Tym razem Polacy dopisali. Przyjechała Kaśka z Piotrkiem zwanym niekiedy Biały Misiu lub Mad Max oraz miłym panem Dżejem. W sposób nieoczywisty dotarła Anna Maria, piękna matka polka, mieszkanka Sopotu nigdy nie latająca na nizinach. Dojechała ekipa spod góry Żar: Wojtek, jego ciemnooka córka Aśka ze spokojnym Dominikiem oraz Arkiem , jak się później okazało amatorem dialogów niedokończonych z samym sobą. W „żarskiej” ekipie była też Agatka- młoda świetna pilotka nie znająca Tonego Halika. Po dwóch dniach dojechał Zbyszek Gotkiewicz, bez którego przecież impreza odbyć się nie mogła...

 

Heli

Było tak. Po drzemce rekompensującej całonocną podróż wybraliśmy się wraz z Olegiem i Julią na Gimbę. Wyciąg dość tani, pogoda w miarę więc jedziemy. Ja postanowiłem dotrzymać moim ukraińskim przyjaciołom towarzystwa, Witek i Piotr , jak na porządnych paralotniarzy przystało na stacji górnej kolejki najęli Land Rovera na polskich blachach (u nich , jak kiedyś u nas- połowa aut jeździ na „zachodnich” blachach) i offroudowo wdrapali się na sam szczyt Gimby (1487m npm). Po jakichś dwóch godzinach  i osuszeniu kilku kubków domowego winka z jeżyn wraz z Olegiem i Julią postanowiliśmy wrócić do hotelu. Bujając się na skrzypiącej ławeczce wyciągu zobaczyłem jak jedna z paralotni zaczyna kręcić różne „acro figury”. Pomyślałem, że piloci ukraińscy naprawdę mają jaja.... Po powrocie do hotelu dowiedziałem się, że autorem figur był Piotr i nikt wcześniej takich akrobacji tutaj nie widział. Cóż sam Piotr, od tego czasu okrzyknięty Helimen-em też wcześniej tego nie próbował....taka natura silnego wiatru i zawietrznych.... Pomyślałem , dobry początek.

 

Jaja

Z rana na śniadanie do wyboru jaja sadzone na bekonie x3 plus wskazana ilość skibek chleba lub naleśnik z serem i dżemem. Po męsku nasza ekipa wybrała jaja na bekonie.....x6, jak na mężczyzn przystało. Plus chleb oczywiście. Z tym chlebem to praktyczny pomysł: mówisz ile zjesz- tyle dostajesz, nic się nie marnuje.

 

Alkohol

Prawda jest taka, że pić alkohol trzeba umieć! Tak przynajmniej mawiał śp. Mietek, który pił całe życie  i nigdy nie przyjęty na oddział detox, z powodu... braku objawów. Tak więc na Ukrainie się pije. Alkohole różnej maści. W Borzawie dominuje jednak miejscowe „domowe” winko w kilku odsłonach. Można nabyć je wszędzie. W „magazinu” spod lady, od baby przy drodze, po cichu w hotelu i jeszcze w kilku miejscowych melinach po zmroku. Dobre wino nie jest złe! Miejscowi smakosze wolą jednak tradycyjne wódkę. Zwyczaj taki, że smakosz zakupuje małpeczkę , siada przed „magazinem” w gronie najbliższych kolegów rozważających o wartościach. O piwie ukraińskim nie będzie- szkoda czasu. Tak czy inaczej, nasza narodowa reprezentacja zdecydowanie dotrzymywała kroku gospodarzom.

 

Bania

Nie ma latania i popaduje deszcz. Kaśka zarządziła zdrowotną kąpiel w ruskiej (ukraińskiej) bani. Za przyjemność godzinnego kolektywnego moczenia się w wielkiej kadzi z gorącą wodą miły pan kazał sobie zadość uczynić całe 500 lokalnych wariatów (UHA), coś około 75 zł, co na głowę wyszło może po 12 zł. Rzecz ciekawa. Wielka kadź o średnicy 3,5 m pod którą pali się żywy ogień. W tej zupie głównym produktem byliśmy my. Taki rosół. Siedzisz w wodzie o temperaturze 48 st C. Co jakiś czas łasujesz się do kamiennej studni z lodowatą wodą. Oczywiście zaleca się siedząc w kadzi chłodzić się jakimś płynem, to znaczy winem.

 

Dzień lotny

Natenczas, chyba we wtorek organizator zarządził rozegranie pierwszego taska (pierwszej konkurencji). Przed hotelem z rana Mykola głośno darł się „bryyyyfieng”. Co oznaczało odprawę. Z nadzieją wjechaliśmy wyciągiem na górę i dalej nieśmiertelnymi Gazami na sam szczyt Gimby. I znowu dało się słyszeć „bryyyfieng”. Ustalono, że latamy „siuda tuda” itp. Pogoda jednak szału nie robiła. Niskie podstawy , chmury „liżące” granie, południowo-zachodni wiatr. Część ludzi odpaliła od razu- wiadomo „lokalersi” są u siebie- i pognała na trasę. My przyczajeni, onieśmieleni. Nie zachęcił koleś z Kijowa, który dosłownie zwalił się na glebę łamiąc obojczyk. Cóż życie. W końcu decydujemy się lecieć. W powietrzu akwarium z małą ilością wody- przez niskie podstawy, może 150-200m nad start jest ciasno. Do tego jeszcze dość „torbiaście”. Ekipa „żarska” oraz „borskowa” daje jednak radę. Wykręca i przeskakuje grzbiet lecąc nad dolinę. My się motamy jak kursanty Mieczysława Instruktora. W końcu z Helimenem skaczemy na drugą stronę z duszą na ramieniu i pełna belą. Pozamiata, czy nie pozamiata? Ostatecznie nie pozamiatało. Całe latanie trwało jeszcze może z 40 min. Tyle....

 

Dlaczego warto...

Dobre pytanie? Warto bo jest inaczej, niż tutaj. Nawet jak nie ma pogody. Jest inaczej, bo można odnieść wrażenie , że tam liczy się człowiek a nie jego portfel. Do tego dobre żarcie, wspaniałe karpackie okoliczności przyrody z Połonina Borzawską na czele i spokój. Nie ma nic jak tydzień spokoju ducha.....

GALERIA

 

Norma 2017 , czyli cinquanta czy quindici tak zaczął się tegoroczny wyjazd do Normy. Tą kolację zorganizowana przez Tomasza długo pamiętać będą jej uczestnicy :-), jak i cały wyjazd. Był on słoneczny, lotny i spędzony w przesympatycznym towarzystwie.

Razem z Artkiem wylądowaliśmy w Rzymie w piątek po południu, trzy dni po pozostałych członkach ekipy. Przy pięknej pogodzie siedząc na plecakach czekaliśmy na lotnisku, aż ktoś po nas przyjedzie, zdając sobie sprawę, że kiedy jest “warun”, to może nastąpić dopiero pod wieczór. Delektowałam się słońcem słuchając barwnych opowieści Artka, zwanego potocznie Artem :-). Dzięki temu czas oczekiwania minął mi szybko i przyjemnie. Transport przybył wcześniej niż zakładaliśmy, ze względu na burzę, która rozszalała sie nad Normą. W końcu dotarliśmy na miejsce naszym super Fordem Mondeo, który w trakcie jazdy okazał się być Focusem :-)

Było już oczywiście po lataniu więc wieczór spędziliśmy w lokalnej knajpie Olivetto przy pizzy i winie. Tam dowiedzieliśmy się na czym polega różnica pomiędzy cinquanta i quindici, usłyszeliśmy zabawną historię z dnia poprzedniego. Mianowicie Tomek chcąc błysnąć swoją znajomością języka włoskiego zorganizował kolację w restauracji umówioną na 15 EURO od osoby. Uczestnicy tejże kolacji przecierali oczy ze zdumienia, jakież to wspaniałe dania można dostać za tę kwotę i całkiem dobre wino. Krzyś – Kriss postanowił sprawdzić u restauratora   czy na pewno to wszystko jest za 15 EURO. No i nie było. Okazało się, że Tomasz umówił kolację za 50 EURO od osoby :-). Kriss błyskawicznie założył blokadę na cała resztę posiłku (odbyło się to na poziomie makaronu, czyli primo piati), negocjując z właścicielem po angielsku cenę 20 EURO od osoby, za to co już pochłonęli. Dodam tylko, że niezadowolona obsługa przestała być już dla nich miła i makaron zjedli już mocno niedogotowany. W ten sposób dość głodni wrócili do hotelu, a Tomasz już do końca wyjazdu został mistrzem liczebników włoskich.

W Olivetto więc każdy już zamawiał jedzenie osobno ;-).

Następny dzień był moim pierwszym lotnym dniem. Z zapałem ”wyszpeiłam się”, postawiłam skrzydło nad głowę, odwróciłam się do biegu i po trzech krokach zobaczywszy przed sobą straszliwą przepaść, usiadłam wdzięcznie na ziemię, mrucząc pod nosem “nieee...”. Po odbyciu dyscyplinującej rozmowy w końcu wystartowałam i niezwykle z siebie zadowolona zrobiłam heroicznego zlota na lądowisko. Dla mnie to i tak sukces, ponieważ według Mistrza Mijagi bardzo ładnie wystartowałam i cudem zmieściłam się w lądowisko. Szybko się spakowałam i dotarłam do góry z pomocą niemieckich gentelmenów, którzy sami się zatrzymali żeby mnie zabrać. Strach ma wielkie oczy- tego dnia nie chciałam już sama lecieć więc uprosiłam Tomasza żeby poleciał ze mną tandemem, robiąc mi lot instruktażowo szkoleniowy. Lataliśmy kręcąc termikę, zwiedzając okolicę z powietrza; bacznie przysłuchiwałam się komentarzom na temat jak należy tu latać i dlaczego. Pokręciliśmy się nad piękna Sermonetą, którą “trochę” pamiętam z poprzedniego wyjazdu – zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Resztę dnia zadowoleni spędziliśmy w barach a ja postanowiłam, że następnego dnia będę latała już całkowicie sama.

Tego dnia wieczór spędziliśmy w hotelu, przy fortepianie, na którym Krzysiek-Kriss tworzył niesamowite jazzowe i inne kawałki podśpiewując przy tym po polsku, angielsku i włosku. Ponieważ na fortepianie (wartym 20 tys. EURO) stały dwa pięciolitrowe baniaki z winem, wieczór upłynął w miłej atmosferze.

Następnego dnia rano przy wspólnym śniadaniu miałam już mocne postanowienie, że pokonam wszystkie swoje lęki i polatam długo. Pierwszy lot tego dnia trwał pół godziny, przyzwyczajałam się w nim do tłoku w powietrzu, pilotów atakujących mnie w każdej możliwej strony ;-) i usiłowałam utrzymać się na żaglu. Tomasz kazał mi lądować, dostałam zadanie samodzielnego zaplanowania lądowania co mi się udało i znów szybko wróciłam na start.

Siedząc tam z podziwem i zazdrością obserwowałam obydwu Krzyśków, Matriusza, Arta i Magdę jak sobie radzili w powietrzu, kręcili kominy i lądowali na starcie. Szczególnie jestem pełna podziwu dla Magdy, która potrafiła pogodzić opiekę nad malutkim Kajtusiem z realizacją swoich paralotniowych planów i tym jak sobie radziła w trudniejszych warunkach. Nadmienię tylko, że zrobiła najdłuższego “zlota” ze startu aż za Sezze (około 18 kilometrów). Sielanka skończyła się, kiedy przyszedł Tomasz i powiedział – startujemy. Odpaliliśmy jedno po drugim i wtedy się zaczęło. Lataliśmy ponad godzinę, kręcąc kominy co pozwoliło mi oswoić się z nowym dla nie wyzwaniem, jakim jest termika. Polecieliśmy nad Normę, wróciliśmy, jeszcze raz nad Normę, nad anteny, wykręcaliśmy kominy z przedpola. Po czym szczęśliwa i dumna z z siebie wylądowałam na środku lądowiska. Czułam się absolutnie spełniona. Jednak wieczorem ułożyłam sobie plan na dzień jutrzejszy: chcę jeszcze więcej. I tak było. Kolejny dzień, to najważniejszy podobno moment w życiu każdego początkującego pilota. Dokręciłam podstawę chmury!!!!! i nawet się w nią lekko schowałam. Ciągle chciałam jeszcze, więc była kolejna chmura i kominów tego dnia jeszcze wiele. Wieczorem otrzymałam wiele pochwał od mojego mentora i naładowana energią kolejnego dnia latałam już pełne dwie godziny, i byłoby dłużej gdyby znad gór nie wypełznął czarny cumulonimbus. Pewnie bym się nie zorientowała, że należy wiać, ale czujny Mijagi zaproponował spokojnym głosem założenie uszu, pełną belę i ewakuowanie się w kierunku morza. Długo jeszcze wznosiłam się zanim mnie puściło do lądowania, kilka razy płaczliwie powtarzając do radia: to nie działa!!!! Składanie glajtów odbywało się już w pierwszych podmuchach nadchodzącego zła :-). Nowe doświadczenie (uszy, speed) sprawiło, że kolejnego dnia już grzecznie założyłam rękawiczki ;-).

Dla mnie plan wyjazdu był taki: nauka latania na maksa pod opieką Mistrza Tomasza:-). Podobno udało mi się go zrealizować ponadprogramowo – tak mówi Mijagi.

W chwilach mniej lotnych (silny wiatr) szlifowaliśmy alpejkę, Tomasz i Przemek zrobili ogromne wrażenie na pozostałych pilotach, nie każdy potrafi robić takie cuda ze skrzydłem jak oni :-) Zabawne były sytuacje kiedy podchodzili do nich instruktorzy z innych szkół latania i pytali czy już można latać :-)

Koledzy piloci twierdzą, że to był bardzo wyjątkowo udany wyjazd, latać można było codziennie, praktycznie od rana do wieczora.

Były też wieczorne spacery po urokliwej Normie, które pokazały nam jak dzieci i młodzież włoska potrafią spędzać razem czas, bez laptopów i komórek grając do północy w piłkę koło fontanny, na głównym placu w mieście. U nas taki widok jest już raczej mało spotykany.

Pogoda nas rozpieszczała, codziennie po 25 stopni w dzień no i warun na latanie, towarzystwo fantastyczne, szkoda, że już koniec, ale mam nadzieję że jeszcze nie raz uda nam się razem gdzieś polecieć albo pojechać i polatać :-).

Wielkie podziękowania dla organizatora wyjazdu Przemka Kamona za świetną organizacje i czuwanie nad naszym bezpiecznym powrotem :-) Dla Tomasza za motywowanie mnie do działania i fantastyczną opiekę.

A pozostałym członkom wyjazdu: Krzyśkom, Ewom, Adzie, Poli, Mariuszowi, Arturowi, Izie, Magdzie i Kajtkowi dziękuję za wspaniałą atmosferę. To dzięki Wam ten wyjazd będę jeszcze długo mile wspominała.

fot. Magda Gracek

ZAPRASZAMY DO GALERII

 

 

 

W porozumieniu z Kuj-Pom Team, Nadwiślańskie Stowarzyszenie „Aktywni” informuje o zasadach użytkowania startowiska w Nowych Marzach:

z w/w startowiska mogą korzystać wszyscy paralotniarze, bez względu na przynależność klubową i stopień umiejętności.

Jedynym warunkiem jest uiszczenie składki 35 zł (składka roczna). Konieczność wpisowego jest uzasadniona stała opłatą, którą rości sobie właściciel ziemi.
Tym samym Nadwiślańskie Stowarzyszenie „Aktywni” z siedzibą w Nowem jest dzierżawcą startowiska w Nowych Marzach.

Chcąc uniknąć nieprzyjemnych i krępujących ( w szczególności dla nas) sytuacji prosimy wszystkie zainteresowane osoby o wysłanie na This email address is being protected from spambots. You need JavaScript enabled to view it. swojej deklaracji w tej sprawie.

Na stronie www.aktywninowe.pl w zakładce: Paralotniarstwo / Nowe Marzy - Sezon 2017 - Opłaty, zostanie zamieszczona lista wszystkich osób, które złożyły deklarację i dokonały wpłaty na konto stowarzyszenia:

Przelewu należy dokonać z tytułem składka N. Marzy lub składka statutowa

Nadwiślańskie Stowarzyszenie "Aktywni"

Bank Spółdzielczy w Nowem, 44 8173 0005 2001 0012 1747 0001

 

 

W niedzielny poranek w Nowych Marzach ekipy Nadwiślańskiego Stowarzyszenia Aktywni oraz Kuj-Pom Teamu wykonywały prace porządkowe na terenie startowiska w Nowych Marzach. Już dawno na tym startowisku nie było takiego porządku.Wygrabiono spory kawałek terenu z pozostałości upraw rolniczych, oczyszczono krawędź klifu z dokuczliwych zarośli , wycięto nową ścieżkę oraz rozłożono maty.Całość startowiska odgrodzono, oznaczono, co  by pan rolnik nie zasiał nam kukurydzy.

Słowem Nowe Marzy przygotowane do sezonu.

Zaprzyjaźnione serwisy

imaf poland


 

ekono


 

tlok


 

aktywna wies


 

nida

Jestes tutaj :

Gorące tematy :

bottom 1

Chrząszczu w Nepalu
Relacja wkrótce
 

bottom 1

Muzyka Kościołów
Letnie Spotkania Muzyczne – sezon 2013
 

bottom 1

Zajęcia karate
Rusza sezon 2013-2014 zajęć sekcji karate Shotokan
 

O Aktywnych:

Grupa za cel działanie postawiła sobie realizacje zainteresowań: sportowo-rekreacyjnych w sekcjach KARATE, PIŁKI SIATKOWEJ i PARALOTNIOWEJ. A także inspirowanie działań związanych z promocją regionu (Dolina Dolnej Wisły), kultywowaniem lokalnych tradycji.

Śledź Nas

 social icon  social icon  social icon  social icon

 

S5 Box

Zaloguj się

Zarejestruj się